Tej nocy śnił jej się dom.
Razem z mamą i dziewczynkami lepiły bałwana, a potem pędziły na sankach z górki. Śmiała się w głos, otwierając ramiona, gdy wszystkie trzy rzuciły się na nią, wgniatając ją jeszcze głębiej w miękki śnieg.
Zosia wstała, otrzepała ubranie — a przynajmniej próbowała — i podała Lusi rękę, żeby wyciągnąć ją z zaspy. Szło opornie, ale nie odpuszczała. Coś mówiła, lecz Lusia nie mogła złapać słów.
– Co mówisz? – zapytała przez sen.
– Śniadanie – usłyszała. – Zrób mi śniadanie.
Otworzyła oczy. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Dopiero po sekundzie dotarło do niej, że to wcale nie Zosia z jej snu, tylko mała Malinka ciągnie ją za rękę, powtarzając:
– Mamo! Wstawaj! Zrób mi śniadanie.
Przymknęła jeszcze na chwilę oczy, ale śnieżny sen już nie wrócił. Wstała więc, pozbierała z podłogi wczorajsze ubranka Ilonki i poszła do kuchni.
Minął prawie tydzień, odkąd pojawiła się w tym dziwnym, letnim świecie. Dni zaczęły się zlewać ze sobą. Podlewała kwiaty Zosi i wynosiła śmieci za Tosię – a worki zawsze okazywały się dużo cięższe, niż się spodziewała. Ilekroć stawiała konewkę na miejsce, zdarzało jej się tęsknie spoglądać w stronę okna kuchennego – tego w jej prawdziwym domu, z firanką w czerwone kropeczki.
Po Malince sprzątała bez końca: klocki z dywanu, farby z podłogi, sukienki rzucone byle gdzie. Łapała się na tym, że robi to zupełnie tak samo jak jej mama: szybko, w milczeniu, zanim zdążyła się na dobre zezłościć. Teoretycznie gotowanie obiadu przypadało jej co trzeci dzień, ale dorosłe siostry często przejmowały pałeczkę, litościwie wyganiając ją wtedy z kuchni. Za to wieczorami Malinka wtulała się w nią z ufnością, jakby ramiona Lusi były najoczywistszym miejscem na świecie.
Tego wieczoru Tosia usiadła obok niej na kanapie.
– Zmęczona jesteś – powiedziała cicho, przyglądając się jej uważnie.
– Trochę – przyznała Lusia.
– Każda z nas by była. Mama też była.
To jedno, krótkie zdanie uderzyło ją mocniej, niż dorosła siostra mogła przypuszczać.
Mama też była. Zmęczona. A ona tylko jej dokładała pracy.
Lusia poczuła, jak coś dławi ją w gardle. Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Malinka wtuliła się w nią jak mały kotek, ciepła i spokojna. Lusia gładziła ją po włosach, ale myślami wędrowała zupełnie gdzie indziej.
Przypomniała sobie swoją prawdziwą mamę w kuchni. Jak w pośpiechu mieszała w garnku.
Jak podnosiła z podłogi rzucone w kąt skarpetki. Jak wołała je do stołu, a one udawały, że nie słyszą, bo zabawa była zbyt ciekawa. Zrobiło jej się ciężko w brzuchu. Znała to uczucie – pojawiało się zawsze wtedy, gdy zrobiła coś głupiego i dopiero po niewczasie to zrozumiała.
Chciała wrócić. Do mamy. I tym razem już nie uciekać na śnieg, kiedy ta prosi o drobną pomoc. Nie zostawiać po sobie bałaganu na środku pokoju. Nie marudzić od samego rana, że jej się nudzi. Po prostu… być przy niej. I robić rzeczy tak, żeby mama mogła czasem odpocząć.
Po raz pierwszy od dawna Lusia poczuła to wszystko tak bardzo, bardzo wyraźnie.

