Część 1 – Zimowa droga

Ferie ciągnęły się w nieskończoność. „Nudzi mi się” – powtarzała od śniadania tak długo, aż mama przestała w ogóle odpowiadać.

– Poczytaj, pobaw się – zaproponowała w końcu.

– To też już mi się znudziło. Chcę pójść na sanki.

– Dobrze, ale najpierw muszę zrobić obiad i pranie. Potem pójdziemy – ucięła mama.

– Ale ja chcę teraz! Wszyscy lepią bałwana, a ja siedzę w domu!

– Jeśli tak ci zależy, wyjdź przed dom. Tylko się nie oddalaj. Masz osiem lat, to nie czas na samotne wyprawy w las.

Lusia skinęła głową. Zarzuciła kurtkę, czapkę, chwyciła rękawiczki i wybiegła z domu.

Mama spojrzała na pokój, który córka dzieliła z młodszymi siostrami. Podłogę zasłaniały zabawki, a na niepościelonym łóżku leżała porzucona piżama. Westchnęła i zamknęła drzwi, zanim odruchowo zaczęłaby sprzątać.

Lusia tymczasem wylądowała na podwórku. Śnieg był tylko jej. Bliźniaczki, Tosia i Zosia, były za małe na samodzielne wyjścia. Zosia i tak wolała znikać we własnym świecie, za to Tosia zawsze czekała na znak do rozrabiania. Ale teraz Lusia rządziła sama.

Runęła na plecy, robiąc aniołka. Śmiała się, łapiąc śnieg i wyrzucając go w górę, mrużąc oczy, gdy lądował jej na twarzy. Wstała i podbiegła do bałwana, którego ulepiły we cztery kilka dni wcześniej. Miał niebieską czapkę, nos z marchewki i oczy z letnich kamyków. (Zosia bała się wtedy, że od kamyków z lata bałwan się roztopi).

Stał tak dumnie… aż do teraz. Lusia wyrwała mu ramię z patyka i zaczęła nim wymachiwać jak szablą.

Za domem zaczynał się las. Znała go dobrze. Latem zbierały tu z mamą jagody, jesienią szyszki do szkoły. Teraz wszystko przykrywała warstwa bieli.

Lusia zamachnęła się i uderzyła patykiem w najbliższą gałąź. Wielka czapa śniegu zwaliła się na nią z głuchym plaskiem. Otrzepała się. Kto chciałby teraz siedzieć w domu?

I wtedy to zobaczyła. Tuż za pniem majaczył prześwit – wąska, zapraszająca dróżka. Dorosły na pewno by się w nią nie wcisnął. Nigdy wcześniej jej tam nie było.

Obejrzała się. Mama prosiła, żeby się nie oddalać. Ale dom stał zaledwie kilka kroków stąd. Śnieg skrzypnął pod butem, jakby chciał ją ostrzec, ale ciekawość wygrała.

Wejdzie tylko na chwilę. Zobaczy, co tam jest, wróci i opowie mamie o nowym, wspaniałym miejscu.

Weszła między drzewa.

Początkowo szło się łatwo, ale z każdym krokiem gałęzie zacieśniały się wokół niej. Przez chwilę chciała zawrócić. Coś ją jednak ciągnęło naprzód – powiew przyjemnego ciepła, zupełnie niepasujący do mroźnego poranka.

Aż nagle drzewa się rozstąpiły.

Zrobiło się jasno. Za jasno jak na zimę.

Stanęła. Przed nią ciągnęła się łąka. Ogromna, zielona, pełna kolorowych kwiatów. Powietrze drżało od radosnego ptasiego śpiewu. Do jej nogi podszedł mały zając. Powąchał ośnieżone buty, uniósł głowę i przyjrzał się jej z łagodnym zdziwieniem, po czym spokojnie kicnął w wysoką trawę.

Stała bez ruchu. Lato. W samym środku zimy.

Najpierw poczuła ucisk w brzuchu. To nie był strach, raczej wielkie zdumienie, które kazało jej odruchowo cofnąć się o krok. Dopiero po chwili uderzyło w nią prawdziwe gorąco.

Zaczęła rozpinać zimową kurtkę, upewniając się, czy to wszystko nie jest snem. Zapragnęła pobiec i zerwać kilka kwiatów dla mamy.

Mama!

Obejrzała się gwałtownie. Las zniknął. Domu też nie było widać.

To nie jest dobrze – pomyślała z nagłym ukłuciem żalu. Przecież obiecała, że zostanie na podwórku.

Mimo tych wyrzutów sumienia, kolorowa łąka kusiła tak bardzo, że pragnienie zabawy wzięło górę.

Zrzuciła buty. Boso, w samej koszulce wbiegła w trawę. Soczysta zieleń przyjemnie chłodziła piekące od mrozu stopy. Zadarła głowę. Skowronek wisiał wysoko na niebie, śpiewając z całych sił.

Rozłożyła ramiona i zaczęła wirować z uśmiechem na twarzy. Kiedy się zatrzymała, spojrzała w górę, próbując złapać oddech.