Amelia wyszła z domu tylko po chleb. Droga była znana, las taki jak zawsze.
Dopiero po chwili poczuła, że coś jest nie tak.
Tym razem wszystko brzmiało inaczej, choć wyglądało dokładnie tak samo. Popołudnie było ciepłe, jesienne. Drzewa trzymały się liści uparcie, jakby za nic
nie chciały jeszcze odpuścić.
Jesień była też wtedy. Miała sześć lat. Ojciec wyszedł rano z siekierą na ramieniu, nucąc pod nosem piosenkę o drzewach, które szepczą sekrety.
— Nie bój się lasu, córeczko — powiedział w progu. — On tylko udaje groźnego.
Pod liśćmi kryje się magia, ale tylko dla tych, co słuchają.
Tego dnia powietrze było ciężkie od wilgoci. Układała z liści koronę, kiedy matka wyszła przed dom, wycierając dłonie w ścierkę.
— Gdzie twój ojciec? Powinien już wrócić.
Wieczorem sąsiedzi ruszyli w las z latarniami. Wołali jego imię. Echo odbijało się
od pni. Znaleźli tylko siekierę, porzuconą w trawie przy nasypie kolejowym.
Teraz, idąc starą dróżką do sklepu, dotarła do miejsca, gdzie zaczynały się tory.
Nie pasowały do tego lasu. Były za proste, nienaturalnie zimne.
Przeszła przez nie i znów znalazła się na znajomej drodze. Sklep pani Domańskiej był jedynym w osadzie. Pchnęła ciężkie drzwi.
— Dzień dobry. Chleb poproszę.
Eleonora Domańska stała za ladą w kwiecistym fartuchu. Jej białe włosy, jak zawsze, były spięte w ciasny kok nad karkiem. Spojrzała na dziewczynę zza grubych, drucianych okularów i uśmiechnęła się ciepło.
— Dzień dobry, Amelio. Jak się masz, moja droga? Która to już jesień? Pamiętam dzień, w którym przyszłaś na świat. Jakby to było wczoraj. A to już… dwadzieścia pięć lat?
Odwzajemniła uśmiech. — Tak. Dzisiaj kończę dwadzieścia pięć.
W oczach starszej kobiety pojawił się krótki błysk. Przez jej twarz przemknął cień, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. Wytarła dłonie w fartuch i położyła świeży bochenek na blacie.
— Wyrosłaś na piękną dziewczynę. Masz spojrzenie, które ludziom odbiera głos.
Młoda kobieta zarumieniła się. Nigdy nie lubiła rozmawiać o swoich chabrowych oczach w oprawie czarnych rzęs. Cała reszta — brązowe włosy, zbyt mały nos — wydawała jej się zwyczajna. Ale wiedziała, że jej spojrzenie zatrzymywało ludzi.
— Dziękuję — odpowiedziała cicho. — Będę już wracać.
Domańska nie cofnęła ręki z chleba. — Idź, dziecko. I pamiętaj. Prześniedź.
Amelia uniosła brwi, nie rozumiejąc. Staruszka patrzyła na nią tak, jakby to słowo miało wagę. W jej głosie nie było złośliwości. Ten sam spokojny ton.
Kiedy odwracała się do wyjścia, kątem oka dostrzegła kota siedzącego na parapecie. Patrzył nie na nią, lecz przez nią, jakby to, co stało tuż za jej plecami, zasługiwało na więcej uwagi. W jednym z jego błękitnych oczu mignęła maleńka, zielonkawa plamka. Przez ułamek sekundy poczuła dreszcz — jakby to nieludzkie spojrzenie
już kiedyś ją obserwowało.
W lesie było cieplej. Szła wolno, chłonąc zapach wilgotnych liści i myśląc
o zachowaniu Domańskiej. Zawsze była taka sama: serdeczna i przewidywalna.
Dzisiaj coś w tym perfekcyjnym obrazie zgrzytało.
„Prześniedź”. Dziwne słowo na pożegnanie z okazji urodzin.
Zamyślona, nawet nie zauważyła, kiedy dotarła do nasypu. Weszła na tory,
chcąc po prostu wrócić do domu.
