Przyspieszyła, gnana pragnieniem otwartej przestrzeni. Byle dalej od tej obcej dziury w powietrzu. Zarośla rozstąpiły się gwałtownie. Wypadli na polanę.
Ulgi nie było.
To pomyłka. Las wyprowadził ich w zupełnie inne miejsce. Domy stały tam,
gdzie powinny, ale cisza była tu inna. Nie leśna. To była stęchła cisza miejsca, w którym nikt już nie mieszka.
Maja ruszyła pewnie. Jakby po prostu wracała ze spaceru. Albert wlókł się z tyłu, całkowicie wyzuty z energii po utracie świetlistej kuli. Jego ciało poruszało się mechanicznie, jakby powietrze nagle stawiało mu ogromny opór. W sterylnej pustce osady jego szept zabrzmiał nienaturalnie blisko.
— Słabo mi… — marudził, wpatrując się tępo w ziemię. — Pusto mi.
Amelia pociągnęła go mocniej, sztywnym ruchem dłoni nakazując marsz.
Zatrzymała się przy domu o zielonych okiennicach. Farba odchodziła płatami.
Ten kolor. Zieleń butelkowa. Coś w niej drgnęło. Obraz pod powiekami.
Ostry, krótki błysk. Leniwe popołudnie. Pędzel w dłoni. Śmiech mężczyzny,
który stoi na drabinie. Zapach rozpuszczalnika. Otrząsnęła się gwałtownie, potrząsając głową, żeby wyrzucić ten obraz. To nie jej wspomnienie.
Nigdy tu nie mieszkała. To dom Branieckich. Oni nie mieli drabiny.
Kot wskoczył na cembrowinę studni i spojrzał w ciemność. Miał pozę, jakby zaraz zamierzał skoczyć. Odwróciła wzrok. Nie chciała wiedzieć, co czai się na dnie. Woda czy coś gorszego. Zdecydowanym ruchem wskazała kierunek.
Minęli pierwszy dom. Drzwi były uchylone. W środku stół. Zwyczajny, drewniany. Zerknęła mimowolnie. Tylko na chwilę. Na oparciu krzesła wisiał koc. W zygzaki. Brązowy i beżowy. Zatrzymała się. Znała ten koc. Drapał. Kiedy była mała, nienawidziła go. Gryzł w szyję. Zaraz. Jaka mała? Przecież to dom Zielińskich.
Oni nie mieli takiego koca. Zosia miała koce w kratę. Zacisnęła powieki.
Kiedy je otworzyła, koc zniknął. Został tylko cień. Zacisnęła dłoń na rękawie swetra Alberta, stanowczo ciągnąc go za sobą.
Drugi dom był zamknięty. W oknie wisiała firanka. Biała, z haftem. Wzór w maki. Czerwona nitka. Znowu to samo. Błysk w głowie. Igła przebijająca materiał.
Palce matki. Kropla krwi na opuszku. Bezdźwięczne, syknięte przez zaciśnięte zęby „cholera”. Przestań – nakazała sobie w myślach. To tylko zmęczenie. Wszystko ci się miesza. Przełknęła ślinę. Ten odruch rozdarł jej wysuszone gardło tępym, piekącym bólem, jakby przełykała potłuczone szkło.
Kot siedział już na progu trzeciego domu. Patrzył na nią z uporem.
Pokręciła przecząco głową i wyciągnęła ramię w stronę końca osady. W stronę chaty z krzywym dachem. Tam, gdzie mieszkała staruszka? Może. Może nie.
Mapa w jej głowie się zacierała.
Podeszli bliżej. Powietrze wokół tego domu było gęste. Nie od wilgoci. Od pamięci. Próg ugiął się pod jej butem. Nie usłyszała skrzypnięcia, po prostu poczuła wibrację w stopie. Trzecia deska od lewej. Zawsze była luźna. Weszła. Zapach. Nie dym, nie zioła staruszki. Zapach starego papieru i… ostrej, taniej wody po goleniu? Chciała coś powiedzieć, ale zacisnęła usta.
Maja weszła za nią, wnosząc swój ciężar do zakurzonej izby. Podeszła prosto do stołu. Przesunęła małą rączką po blacie. Wzrok Amelii zatrzymał się w tym miejscu. Długa, krzywa rysa na samym środku. Głęboka. Znała ją na pamięć.
Nóż się omsknął. Ojciec kroił chleb. Był wściekły. Matka krzyczała, że zniszczył mebel. On rzucił nożem o podłogę.
Amelia zamknęła oczy. To niemożliwe. To nie jej dom. Jej dom zniknął rano
na polanie. To dom obcej kobiety. Rysa jest przypadkowa. Każdy stół ma rysy.
Otworzyła oczy i posłała dzieciom spojrzenie nakazujące natychmiastowy odwrót. Za szybko. Wiedziała to. Coś tu było. Tkwiło w drewnie. Wisiało w powietrzu.
Kot bezszelestnie wskoczył na stół i położył łapę dokładnie na rysie. Zakrył ją. Spojrzał na Amelię – jego oczy były zielone. Ciemne i matowe. W głuchej ciszy pokoju, nagle i bez ostrzeżenia, w jej głowie wykwitło słowo. Prześniedź.
Nie usłyszała go. Wypłynęło z samego środka tej układanki. Co to znaczy?
Dlaczego to słowo wraca, oznaczając każdy element jej przeszłości?
Cofnęła się. Uderzyła plecami o framugę. To bzdura. Musiała stąd uciec.
Zanim przypomni sobie coś, co sprawi, że nie będzie mogła wyjść. Zanim słowo nabierze ostatecznego znaczenia.
Na zewnątrz powietrze było chłodne. Ale przynajmniej nie pachniało ojcem.
