Rozdział 11

Biegli, dopóki mroczne zarysy budynków nie zostały w tyle. Zwolnili dopiero
na skraju gęstwiny. Przed nimi wyrósł samotny, odcięty od reszty świata budynek sklepu z czerwonej cegły. Amelia stanęła. Gwałtownym ruchem dłoni nakazała dzieciom iść w tamtą stronę. Albert nie protestował, był zbyt zmęczony, a Maja
po prostu pociągnęła ją za rękę. Wokół panowała absolutna, martwa cisza.

Podeszli do wejścia. Sklep był zamknięty, ale w oknie na piętrze paliło się żółte, mętne światło. Uderzyła pięścią w drewno. Żadnego echa. Eleonora Domańska otworzyła bezszelestnie. Wyglądała tak samo jak zawsze – ten sam kok, te same okulary. Tylko oczy się zmieniły. Kiedyś były ciepłe, teraz wyglądały jak tafla brudnego lodu.

— Jesteś — stwierdziła chropowatym głosem, nie zadając pytania.

Amelia oparła się o framugę. Chciała wiedzieć co się dzieje i gdzie podziali się wszyscy ludzie.

Staruszka cofnęła się, wpuszczając ich do środka. W sklepie, gdzie kiedyś pachniało chlebem i drożdżami – teraz unosiła się ciężka woń kurzu i czegoś, co dawno uległo rozkładowi. Jak zgniłe jabłka w zamkniętej piwnicy.

— Siadajcie — wskazała krzesła na zapleczu.

Albert opadł na blat i natychmiast zamknął oczy. Maja została w progu, wymieniając z Eleonorą długie, puste spojrzenie. Nie mrugnęła ani razu.

— Widzę, że nie przyszłaś sama — mruknęła sklepowa. — Dobrze.

Postawiła na stole kubki i nalała ciemnego, mętnego naparu z dzbanka stojącego
na piecu. Płyn nie parował.

— Pijcie — powiedziała podając napój dziewczynce. Mała nadal nie spuszczała z niej wzroku.

Amelia podniosła kubek. Gruba ceramika nie oddała jej dłoniom najmniejszego ciepła. Upiła łyk. To nie była herbata. Smakowało jak mokra ziemia i zbutwiałe liście Przełknęła z trudem. Przez jej suchy przełyk przetoczył się piekący, ostry ból,
od którego aż zaszły jej łzami oczy. Odstawiła naczynie. Potrząsnęła głową
i nakreśliła dłonią w powietrzu kształt pustego domu, niemo, lecz kategorycznie domagając się wyjaśnień.

Eleonora usiadła naprzeciwko i poprawiła okulary.

— Nikt nie zniknął, dziecko. To ty przyszłaś za późno.

Amelia zmarszczyła brwi, uderzając palcami w blat.

— Jesteśmy tam, gdzie jesteśmy — ucięła staruszka. — Minęło dwadzieścia pięć lat. Czas się zamyka.

Amelia wyprostowała się, a jej twarz stężała w twardym sprzeciwie.
To były przecież tylko jej urodziny. Eleonora zaśmiała się. Sucho, krótko.

— Urodziny. Tak. Ja też tak myślałam.

Sięgnęła przez stół i chwyciła dłoń Amelii. Uścisk był niezwykle mocny, a skóra staruszki szorstka i wyschnięta jak kora. Chciała cofnąć rękę, ale nie miała siły wyrwać się z tego mechanicznego chwytu.

— Słuchaj mnie — sklepowa przysunęła twarz bliżej. Jej oddech nie miał żadnego zapachu. Nie niosła ze sobą najmniejszego ciepła. — Nie szukaj tego, co było.
To, co zgubiłaś, nie jest w domach. Jest na drodze.

Zaskoczona wbiła w nią pytający wzrok.

— Prześniedź — szepnęła stara kobieta.

Amelia zamrugała. Znowu to przeklęte słowo.

Eleonora puściła jej rękę i opadła na oparcie krzesła, jakby nagle uszło z niej
całe życie.

— To znaczy, że rdza wchodzi głęboko. Że to, co błyszczy, kłamie. Że trzeba iść, póki czas. Matowieje, rozumiesz? Prawda matowieje.

Pokręciła przecząco głową. Wlepiła wzrok w staruszkę, domagając się czegokolwiek, co miałoby sens, ale Eleonora już na nią nie patrzyła. Jej zmęczone oczy spoczęły na Mai, która wciąż stała w progu. Patrzyła na trzylatkę z ciężkim, niewypowiedzianym żalem.

Amelię oblał nagły, dławiący strach. Ten sam ślepy, bezwzględny instynkt,
który kazał jej zawsze sprawdzać, czy Albert na pewno jest za nią. Odwróciła gwałtownie głowę w stronę chłopca.

Siedział nieruchomo, z głową opartą o rękę. Zmrużyła oczy. Przez cienką
jak pergamin, przeraźliwie bladą skórę jego nadgarstka dostrzegła ciemną plamę sęka w drewnianym blacie. Widziała stół przez jego ramię.

Zimny, paraliżujący skurcz przelał się przez jej wnętrzności. Nie. To tylko światło. Złe, brudne światło z tej starej lampy. Iluzja.

Zignorowała staruszkę. Zdeterminowanym, gwałtownym ruchem poderwała się
z krzesła. Chwyciła chłopca i przyciągnęła go mocno do siebie, zasłaniając go własnym ciałem przed wzrokiem Eleonory. Oplotła dłonią jego chłodne przedramię, zaciskając palce tak mocno, by mieć absolutną, fizyczną pewność,
że on wciąż tu jest.

Eleonora nawet nie drgnęła. Jej wzrok po prostu prześlizgnął się przez miejsce,
w którym Amelia desperacko ściskała chłopca.

— Uciekaj, dziecko. One pamiętają. — Słowa staruszki skropliły się wprost w umyśle Amelii, ciężkie i wyraźne.

Pchnęła Alberta w stronę wyjścia. Nie odda go temu miejscu. Przekroczyła próg, wyciągając chłopca w głuche, chłodne powietrze.

Maja wybiegła przed nimi, zatrzymując się kilkadziesiąt metrów dalej, u samego podnóża stromego nasypu. Dopiero na jego szczycie majaczyły czarne linie torów
– żelazna granica, która oddzielała sklep od reszty świata. Kot siedział już
na górze, na jednej z szyn, wpatrzony w dół, prosto w Amelię.

Pociągnęła Alberta przez rzadką trawę. Byle dalej. Przez tory, na drugą stronę,
z powrotem do osady, nawet jeśli wciąż była pusta. Byle nie myśleć o tej dłoni
i o sęku w stole, który widziała przez ramię dziecka. To tylko potężny stres.
Jutro wszystko wróci do normy. To racjonalne, desperackie kłamstwo było jedyną rzeczą, która pozwalała jej stawiać krok za krokiem.

Nasyp był stromy i śliski od zbutwiałych liści. Kamienie usuwały się spod butów,
ale nie zwalniała. Parła do przodu. Maja była już na szczycie – mała, ciemna sylwetka na tle szarego nieba.

Amelia mocno chwyciła Alberta, by pomóc mu wejść pod górę. Chłopiec potknął się o wystający drewniany podkład. Kiedy go podtrzymała, poczuła w dłoniach tylko zesztywniały materiał swetra, pozbawiony ludzkiego ciężaru.

Zacisnęła palce odruchowo, gorączkowo szukając twardej kości pod grubą wełną. Oblała ją fala zimnej paniki, ale błyskawicznie przekuła ją w bezwzględną determinację. Musiała go chronić. Wiedziała aż zbyt dobrze, jak to jest zostać nagle całkowicie samemu. Jak to jest, gdy ktoś po prostu wyparowuje w środku dnia, zostawiając cię w pustce. Nie mogła pozwolić, by ten przeklęty las odebrał mu wszystko, tak jak kiedyś odebrał jej ojca.

Z tą myślą pociągnęła go mocniej w górę, wymuszając szybsze tempo.
Nie patrzyła w dół. Bała się, że jeśli spojrzy, znów zobaczy ciemny żwir prześwitujący przez jego nogi.

Przeskoczyli przez szyny. Żelazo milczało. Żadnej wibracji, żadnej zapowiedzi pociągu. Tylko twardy opór pod podeszwami.

Zbiegli na drugą stronę, w kierunku osady. Domy stały tam, gdzie je zostawili
– ciemne, puste skorupy, ale przynajmniej znajome i oddalone od tamtego sklepu. Wpadli do sieni domu Zielińskich. Amelia zatrzasnęła drzwi i przekręciła zamek dwa razy, choć wiedziała, że żaden metal nie zatrzyma tego, co czaiło się na zewnątrz.

Oparła się plecami o drewno. Jej mięśnie drżały z wycieńczenia. W mroku korytarza posłała Mai długie, uspokajające spojrzenie. Byli bezpieczni.

Przysunęła chłopca do siebie i w przypływie panicznej troski oplotła go ramionami, przyciskając mocno do piersi.

Nie wyczuła najmniejszego drżenia, żadnego oporu, jakie powinno stawiać przerażone ciało. Tylko bezwładność. Jakby trzymała kogoś, z kogo doszczętnie uszła resztka woli. Oblał ją chłodny, znajomy strach — ten sam, z którym obudziła się dziewiętnaście lat temu przed pustym lasem. Najgorzej było zawsze w tej jednej sekundzie, kiedy można było jeszcze ruszyć. Uderzenie wspomnienia było tak gwałtowne, że natychmiast zagłuszyło grozę tej ciszy pod jej palcami. Odcięła się od niego odruchowo. Wmawiała sobie, że chłopiec po prostu zamarł w głębokim szoku. Przyciskała go do siebie z desperacką, zwierzęcą siłą. Musiała go zatrzymać.