Położyła Alberta w sypialni gospodarzy. Chłopiec był przezroczysty. Dosłownie. Kiedy naciągała na niego kołdrę, przez jego ramię dostrzegła wyblakły wzór
na poszewce poduszki. Zacisnęła zęby. To tylko światło – powtórzyła sobie
w myślach z desperackim uporem. Jutro rano będzie normalny.
Maja usiadła w nogach łóżka. Nie spała. Patrzyła w ciemność za oknem,
jakby oglądała film, którego nikt inny nie widział.
Amelia przeszła do kuchni. Usiadła przy stole. Cisza. Znowu ta martwa, płaska próżnia. Zupełnie inna niż pulsująca pustka lasu. Czuła w sobie dziwną sztywność. Obejmowała ją od środka, od skóry, aż po zesztywniałe kości. Naciągnęła sweter. Potem gruby koc, który znalazła na oparciu krzesła. Nic. Ten rodzaj drętwoty tkwił znacznie głębiej.
Podeszła do wiadra z wodą. Nabierała kubkiem. Woda była czysta.
Przechyliła naczynie. Płyn wlał się do jej wysuszonych ust, ale nie poczuła żadnej ulgi. Woda po prostu przelała się przez przełyk, osiadając w brzuchu tępym, bolesnym ciężarem. Odstawiła kubek. Jej dłonie drżały. Odwodnienie i szok
– wmawiała sobie gorączkowo. Zwykłe nerwy.
Usiadła z powrotem. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła list. Ten, który znalazła
na torach. Wyjęła kartkę. Pismo było pochyłe. Chaotyczne. Jakby pisała to ręka, która drży z pośpiechu. Znała to pismo. Matka? Nie, matka stawiała okrągłe, staranne litery. Ojciec?
Amelia poczuła, jak obraz przed jej oczami na ułamek sekundy traci ostrość. Odsunęła na chwilę papier, a potem przeczytała zdanie na dole strony: „Najpewniejsze drogi prowadzą donikąd.” Zamknęła oczy. Las. Zapach żywicy.
Ona ma sześć lat. Ojciec siedzi na pniu. Ostrzy siekierę. Patrzy na tory. Jego niski, spokojny głos odżył w jej pamięci:
— „Pamiętaj, Amelko. Ludzie lubią chodzić tam, gdzie widać cel. Ale najpewniejsze drogi prowadzą donikąd. Czasem trzeba skręcić w ciemność, żeby trafić do domu”.
Otworzyła oczy. Spojrzała na list. A więc to on. To musiał być list od niego.
Zostawił go dla niej. Ale co to znaczyło w tym miejscu? „Najpewniejsze drogi prowadzą donikąd”. Proste. Pewne. Stalowe szyny prowadzące w nieskończoność. To była ta pewna droga. Tory. Eleonora również kazała jej na nie uważać.
Ojciec pisał, że pewne drogi to pułapka. Więc nie mogła iść nasypem.
Muszę uciekać od tego, co pewne – pomyślała gorączkowo. Szukać życia.
Schowała list. Poczuła nagły, nerwowy przypływ energii.
Podeszła do okna. Przyłożyła czoło do szyby. Szkło stawiło twardy, obcy opór. Chuchnęła, czekając na mgiełkę pary. Na ten mały, biały obłoczek, który zawsze zostawia oddech. Nic. Szyba pozostała idealnie, przeraźliwie czysta.
Przetarła ją dłonią. Sucha. Zamarła. Dotknęła swoich ust. Były sztywne, pozbawione jakiejkolwiek wilgoci. Za sucho tu – powtarzała w myślach, odsuwając się gwałtownie od okna. Po prostu jest tu za sucho na parę. Nie.
Nie zamierzała o tym myśleć.
Wtedy to usłyszała. Nie uszami. Poczuła to tępą wibracją w kościach. Szuranie.
Na zewnątrz. Ciężkie, powolne kroki. Raz. Dwa. Zatrzymały się.
Dokładnie pod drzwiami.
Kot zeskoczył z parapetu. Poszedł do sieni. Usiadł, wyprostował się i zaczął mruczeć. Ale to nie było zwykłe mruczenie. To był niski, rezonujący w deskach podłogi dźwięk. Powitanie. Albo sygnał.
Amelia cofnęła się pod ścianę. Ścisnęła list w kieszeni. Najpewniejsze drogi prowadzą donikąd — powtórzyła w myślach jak desperackie zaklęcie.
Jeśli to coś za drzwiami przyszło z torów, z tej „pewnej drogi”, to ona nie otworzy. Za nic w świecie.
