Rozdział 13

Świt, który wpełzł do kuchni Zielińskich, był szary — ani jasny, ani ciemny.
Po prostu pozbawiony koloru, słońca i cieni.

Albert leżał na stole. Przeniosła go tu w środku nocy, kiedy zaczął słabnąć.
Skóra chłopca nabrała barwy popiołu, a jego kontury zdawały się tracić ostrość. Maja stała przy nim, trzymając go za rękę. Kontrast był uderzający: ciepła, brudna dłoń trzylatki wyglądała przy nim jak coś z zupełnie innego świata.

Drzwi otworzyły się bez pukania. Drgnęła. W progu stała staruszka.
„Stara Wiedźma”. Nie weszła do środka, tylko oparła się ciężko o laskę.

— Czas — powiedziała twardym, zimnym głosem.

Amelia podniosła się na sztywnych nogach.

— On słabnie — wyrzuciła z siebie. Jej głos był tylko desperackim szeptem.
Nie wywołał echa, a mimo to staruszka wychwyciła go tak łatwo jak ostatnim razem. Wskazała na chłopca. — Muszę stąd wyjść. Znaleźć pomoc.

Staruszka pokręciła powoli głową. Jej ciężki, nieustępliwy wzrok zatrzymał się
na Amelii.

— On nie umiera. On wraca. Ale ty go trzymasz.

— Ja go ratuję! — zacisnęła pięści, czując, jak paznokcie wbijają się w skórę dłoni.
— Zabrałam go stamtąd. Tam było za jasno.

— Światło parzy tych, co żyją w cieniu — odpowiedziała kobieta, a jej słowa wwiercały się w czaszkę z nieustępliwą siłą.

Spojrzała na Alberta. Chłopiec otworzył mętne, wyblakłe oczy.

— Mamo? — szepnął.

Patrzył w jej stronę, ale jej nie widział. Jego wzrok prześlizgiwał się przez nią,
jakby była zrobiona ze szkła.

— Zabieraj go — rzuciła Staruszka. — Na tory.

— Nie. — Amelia cofnęła się o krok, potrząsając głową w nagłym, ślepym sprzeciwie. — Tory to pułapka. Eleonora mówiła…

— Eleonora była jedną z tych, które kiedyś wróciły — i postanowiły już nigdy
nie patrzeć za siebie. Pamięta strach, ja pamiętam porządek. Idziesz na tory. Teraz.

Spod spódnicy kobiety wysunął się kot. Wszedł do kuchni i wskoczył na stół,
tuż obok głowy Alberta. Otworzył pysk, ale zamiast miauknięcia, Amelia poczuła
w kościach potężną, niską wibrację, która nie znosiła sprzeciwu. Maja pociągnęła chłopca za rękę. Usiadł, chwiejąc się bezwładnie na boki.

Amelia poczuła, jak cały opór nagle z niej uchodzi, ustępując miejsca tępemu, nieuniknionemu przymusowi. Wzięła chłopca na ręce. Był nienaturalnie lekki, niemal pusty w środku, a jednocześnie ciążył jej tak, jakby dźwigała ołów.

Choć szuranie na zewnątrz ustało wraz ze świtem, wciąż czuła jego echo.
Wyszli na zewnątrz. Trawa była mokra od gęstej rosy. Buty Amelii szybko stały się ciężkie, nasiąkając wodą, ale ona w ogóle na to nie zważała. Las stał wokół nich
w absolutnym bezruchu; żaden liść nie drgnął, żaden ptak nie odezwał się
w koronie drzewa.

Szli w stronę nasypu jak w upiornym transie. Kot prowadził, stawiając łapy ostrożnie na śliskim podłożu. Maja podążała tuż za nim ani razu się nie oglądając. Amelia niosła Alberta, starając się nie patrzeć w dół. Przez gruby splot jego wełnianego swetra widziała, że ciało traci gęstość, powoli stapiając się
z otoczeniem. Staruszka zamykała pochód. Głuche uderzenia jej laski o kamienie wyznaczały tempo marszu. Suche. Rytmiczne. Nieustępliwe.

Kiedy dotarli do podnóża nasypu, zamarła.

— Wejdź na górę — rozkazała jej kobieta, nawet nie zwalniając kroku. — Połóż go między szynami.

Amelię oblała fala paniki, ale słowa grzęzły jej w gardle. Zrozumiała nagle
z przerażającą jasnością, że w tym miejscu żadne argumenty nie mają znaczenia. Że to wszystko już kiedyś się wydarzyło, a ona znów stoi przed tym samym, czarnym murem nasypu.

— Niebezpieczne jest trzymanie go tutaj — dodała oschle staruszka, czytając w jej myślach. — Kładź go.

Amelia zaczęła wspinać się na nasyp. Metalowe szyny biegły w nieskończoność
w obie strony, ginąc w gęstej mgle, która wciąż unosiła się nad zbutwiałymi liśćmi. Uklękła na drewnianych podkładach. W powietrzu unosił się ostry, techniczny zapach smaru i starego drewna.

Ostrożnie, drżącymi rękami, ułożyła chłopca na tłuczniu. Ostre, zardzewiałe kamienie stawiły twardy opór, ale on nawet się nie skrzywił. Leżał spokojnie,
ze wzrokiem utkwionym w zamglony horyzont.

— I co teraz? — zapytała cicho, podnosząc się z kolan i bezwiednie ocierając dłonie o spodnie.

Staruszka stanęła obok niej. Oparła obie dłonie na lasce i spojrzała w dal,
wzdłuż czarnych linii torów.

— Teraz czekamy — odpowiedziała. — Aż przyjedzie to, co ma przyjechać.