Rozdział 2

I wtedy w coś uderzyła.

Podniosła dłoń do czoła. Skóra pulsowała tępym bólem. Rozejrzała się.
Wokół widziała tylko drzewa i metalowe szyny. Zrobiła krok naprzód. Tym razem uderzenie było mocniejsze. Wyciągnęła przed siebie rękę. Pod palcami poczuła gładką, lodowatą taflę. Niewidzialna ściana wyrastała prosto ze żwiru, odcinając ją od lasu. Cofnęła się gwałtownie i uderzyła plecami w to samo. Twardy, nieustępliwy chłód. Utknęła pośrodku nasypu, uwięziona w wąskim korytarzu między dwiema barierami z niczego. Pociągi jeździły tędy rzadko, ale skład mógł pojawić się
w każdej chwili.

Wyciągnęła ręce i zaczęła nerwowo przesuwać nimi po niewidzialnej przeszkodzie. Oddech przyspieszył, w piersi zaczęło brakować powietrza. Papierowa torba wyślizgnęła jej się z rąk. Bochenek upadł na żwir… i nie wydał najmniejszego odgłosu. Żadnego głuchego stuknięcia, żadnego szelestu papieru.
Amelia znieruchomiała. Cisza uderzyła w nią z siłą fizycznego ciosu.
Uderzyła pięścią. Raz. Drugi. Kostki zapiekły, skóra pękła – ale las po drugiej stronie po prostu przestał brzmieć. Zamknęła oczy. Wzięła jeden, bolesny wdech.

I wtedy jej lewa dłoń trafiła w pustkę. Bała się cofnąć ramię — mogłaby zgubić
to miejsce. Otwór znajdował się nisko, tuż przy samej ziemi. Był wąski i tak idealnie równy, że aż budził lęk. Nie zastanawiała się. Opadła na kolana, kalecząc je o kamienie i zaczęła się przeciskać. Gdy tylko minęła granicę, nie podniosła się
od razu. Znała to uczucie. Jak powrót w miejsce, do którego nie powinna wracać.
Na czworakach doczołgała się do linii drzew i wbiła palce w wilgotną ziemię
i zbutwiałe, jesienne liście. Jakby tylko to było jeszcze prawdziwe.

Chciała tylko wrócić do domu. Zamknąć za sobą drzwi i uwierzyć, że to, co stało się na nasypie, było jedynie snem.

Las był inny. Światło zniknęło. Było go mniej z każdym krokiem. Pod nogami wiła się ta sama ścieżka, lecz teraz wydawała się obca. Przypomniała sobie słowa matki patrzącej z progu w stronę gęstwiny.

— Las go zabrał — mówiła Elżbieta cicho, gdy dorastając pytała o tatę. — Nie zbliżaj się do tych torów, dziecko. Tam czai się coś, co zmienia ścieżki.

Od tamtej pory matka omijała las. Odeszła, gdy Amelia miała osiemnaście lat,
do końca wierząc, że mąż po prostu zgubił drogę.

Odruchowo obejrzała się przez ramię. Przyspieszyła.
Powietrze zgęstniało. Stawiało opór przy każdym ruchu.
Cisza nie minęła. Teraz wypełniała jej uszy od środka. Nie była brakiem dźwięku. Była ciężka, namacalna. Wypełniała przestrzeń. Reszta świata została odcięta. 

I wtedy zobaczyła coś, czego nie powinno tu być. Na skraju drogi stała mała dziewczynka. Miała może trzy lata. W ramionach kurczowo ściskała pluszowego misia. Letnia, różowa sukienka. Jasne, kręcone włosy. Rumiane policzki.

Młoda kobieta podeszła bliżej.

— Jesteś tu sama? Zgubiłaś się? — Nie usłyszała samej siebie. Próżnia pochłonęła słowa.

Dziewczynka patrzyła na nią uważnie. Jej usta się poruszyły. Amelia kucnęła.

— Co mówisz?

Widziała kształt słów. Każdy, najmniejszy ruch warg dziecka. Ale w uszach dudniła pustka.
Przez ułamek sekundy nie pamiętała brzmienia własnego głosu.

Mała stała w cienkim materiale, patrząc na nią wyczekująco. Między drzewami
nie było widać nikogo dorosłego. Przestała pytać. Wyciągnęła dłoń i zamknęła drobne palce dziecka w swojej ręce.

Ruszyły przed siebie. Dłoń dziewczynki była ciepła. Uścisk pewny, zwyczajny. Amelia poprawiła jej cienki rękaw i strzepnęła z materiału kilka sosnowych igieł. Ten drobny gest ją wyciszył. Przez chwilę mogła uciec w iluzję, że to tylko spacer
z dzieckiem, które zgubiło drogę.

Ścieżka łagodnie skręcała. Za linią drzew powinna wyłonić się znajoma bryła budynku. Przez moment wszystko znów było na swoim miejscu.

Wyszła zza drzew i zamarła. Na rozległej polanie, zamiast domu, zastała tylko otwartą przestrzeń. Jasną. Nienaturalnie spokojną.

Puściła małą dłoń. Pobiegła przed siebie, tam, gdzie jeszcze rano przekraczała próg. Zaczęła gorączkowo rozgarniać pożółkłą trawę. Szukała butem fundamentu. Czegokolwiek twardego. Opadła na kolana, wbijając palce w ziemię. Znalazła tylko miękki mech i jesienne liście.

Zacisnęła paznokcie na własnym nadgarstku, aż poczuła piekący ból. Skóra pod palcami była realna. Ziemia pod kolanami też. Ale budynek po prostu zniknął.
Została bezkresna, niema wyrwa.