Część 3 – To, co trzeba zrobić

Trzymając się za ręce, weszły do domu. Gdy tylko przekroczyły próg, podeszła do nich jedna z pań. Popatrzyła na małą i poprosiła, żeby poszła bawić się do pokoju. Sama ujęła Lusię za rękę i zaprowadziła do salonu.

Usiadły na miękkich, zielonych fotelach, które Lusia tak lubiła. To te, które „ciągle się brudziły” — raz serkiem, raz napojem, raz okruszkami. Mama była zmęczona ich czyszczeniem, ale i tak je uwielbiała. Zawsze przypominała dziewczynkom, żeby jadły przy stole, a wieczorami, gdy już spały, sama siadała w nich z książką. Często to właśnie tam znajdowały ją rano, śpiącą.

Kobieta patrzyła na Lusię z życzliwą troską. – Co się dzieje? Tęsknisz za mamą? Rozumiem, ja też… ale to twoje dzisiejsze zachowanie… Coś się stało? – dopytywała łagodnie.

– Tęsknię – odpowiedziała krótko Lusia. Spuściła oczy i zaczęła bawić się palcami, byle tylko znów się nie rozpłakać. Nie przy tej obcej pani.

– Zdziwiłaś Ilonkę – odezwała się ponownie kobieta.

Lusia podniosła głowę i spojrzała jej w oczy. – Ilonkę? Moja mama ma na imię Ilonka – powiedziała. – Ale wszyscy mówią do niej Malinka.

Kobieta popatrzyła na nią bardzo zdumiona i lekko się wyprostowała. – O czym ty mówisz?

Ośmiolatka zmarszczyła brwi. – Ja… nie rozumiem.

– Lusia, posłuchaj – kobieta westchnęła ciężko, przecierając czoło. – Rozumiem, wszystkie tęsknimy za mamą, ale niedługo przyjedzie, a te twoje żarty robią się odrobinę męczące. Najpierw udajesz, że nie poznajesz własnej córki, a teraz jeszcze mówisz, że Malinka to twoja mama?

Twarz Lusi mieniła się wszystkimi kolorami, a otwarte usta nadawały jej niemądry wyraz. Tosia jednak kontynuowała. Była najwyraźniej po prostu zmęczona.

– Naprawdę, to już nie jest śmieszne – powiedziała. Wstała, pokręciła głową i wyszła z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

Zanim Lusia zdążyła zebrać myśli, Malinka wbiegła z powrotem do salonu. – Mamo, jestem głodna! – wysapała.

– Nie jestem twoją mamą! – odburknęła Lusia, wciąż zszokowana słowami Tosi.

Dziecko zatrzymało się i popatrzyło na nią swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. Usta wygięły się w podkówkę. Widziała, że mała zaraz się rozpłacze. I nagle Lusi zrobiło się potwornie żal Ilonki.

Zdawała się być taką miłą dziewczynką i nie miała serca doprowadzać jej do płaczu. Skoro chciała się bawić w mamę i córkę, to dobrze – ona też się pobawi. Może wtedy zrobi jej się trochę lżej i te dziwne panie przestaną patrzeć na nią tak, jakby musiała wszystko wiedzieć i umieć. Była duża, owszem, chociaż wcale się tak nie czuła. W środku wciąż była po prostu ośmioletnią Lusią.

– No dobrze. Ty będziesz córką, a ja będę mamą. Pobawmy się – powiedziała szybko i pojednawczo.

Malinka natychmiast się uśmiechnęła i podeszła, żeby ufnie przytulić się do „matki”.
– Jestem głodna – powtórzyła.

– Hmmm, to zrobię ci kanapkę. Idziemy do kuchni – zarządziła Lusia.
– Tak, tak, zróbmy kanapkę! – podskoczyła mała. – I soczek, zrobisz mi soczek? – poprosiła.
– Zrobię ci soczek, a ty usiądź na krześle i na razie grzecznie poczekaj, dobrze?
Mała natychmiast usiadła, zakładając nogę na nogę. – Dobrze, mamo.

Lusia roześmiała się. Zaczynała jej się podobać ta zabawa. Ledwie zdążyła skończyć gigantyczną kanapkę, gdy do kuchni weszła druga z pań.

– Ciociu, patrz, mam kanapkę. Taką dziwną – oznajmiła Malinka z pełnymi ustami. – Bawimy się z mamą, wiesz?

Zosia spojrzała najpierw na kromkę chleba, na której znalazło się chyba wszystko, co było w lodówce, a dopiero potem na Lusię.
– Obiadu dzisiaj nie ma? – zapytała ze szczerym zdziwieniem.

Lusia odruchowo rozejrzała się po kuchni, jakby obiad mógł stać gdzieś gotowy na blacie albo ukrywać się pod ścierką.
 – Nie… chyba nie ma – odpowiedziała cicho.

– To nie wiesz, czy zrobiłaś? – dopytała Zosia, mrużąc oczy. – Czy jak?
– Przecież ja nie umiem robić obiadu – wyrwało się Lusi. – Mam dopiero osiem lat. Mama mówiła, że nie wolno…

Zosia westchnęła. Nie wyglądała na złą. Raczej rozkojarzoną, jak to artystka.
– Obiad zrób. Po prostu zrób obiad – powiedziała łagodnie, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, i wyszła z kuchni.

Zostały same. Ilonka, umazana masłem, gryzła kanapkę z zadowoleniem. Lusia stała przy blacie i przez chwilę nie potrafiła się ruszyć.

Zrób obiad. Jak to: zrób? Przecież samej nie wolno dotykać kuchenki! To było dla dorosłych.
 A ona przecież nie była dorosła.

Spojrzała na Malinkę i dopiero wtedy przyszła złość. Buntowniczy sprzeciw. Dziewczynka jadła spokojnie, jakby wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być.

I nagle Lusia poczuła, że nie chce. Nie chce udawać dalej. Nie chce robić obiadu. Nie chce, żeby ktoś jej mówił, co po prostu ma zrobić, skoro ona nie ma o tym zielonego pojęcia!

– Chodź – powiedziała krótko. – Idziemy pobawić się na dworze. Ilonka podniosła głowę i natychmiast się uśmiechnęła. Nie trzeba było dwa razy powtarzać.

Zosia stała przy sztaludze z pędzlem uniesionym w powietrzu, mrużąc jedno oko i mierząc wzrokiem miejsce, w którym miała postawić następną kreskę. Trwała w bezruchu, gdy do pracowni weszła Tosia.

Popatrzyła na siostrę, na obraz, na pędzel zawieszony w powietrzu i westchnęła.
 – O co chodzi z Lusią? Rozmawiałaś z nią?

Zosia nawet nie drgnęła. Tosia zrobiła krok bliżej.
– Zośka. Cisza.
– Zośka!
Podeszła jeszcze bliżej i powiedziała głośniej tuż przy jej uchu:
– ZOSIA!
Pędzel drgnął w dłoni artystki i zostawił na płótnie grubą, niekontrolowaną kreskę, dokładnie tam, gdzie nie powinna się znaleźć.
 – Co?! – Zosia odwróciła się gwałtownie. – Ile razy mam prosić, żeby mi nie przeszkadzać w połowie pociągnięcia?! Widzisz, co zrobiłaś?!

– To rozmawiałaś z nią czy nie? – zapytała Tosia spokojnie, ignorując artystyczny dramat.
Zosia spojrzała na obraz i z żalem potarła skroń.
– Z kim?
– Z Lusią. Czemu ty zawsze jesteś taka nieobecna? – zirytowała się lekko. – Weź się w garść. To nie są wygłupy.
Zosia wzruszyła ramionami.
– Przesadzasz.
– Nie przesadzam. Wyszła jak zwykle. Wróciła… – zawahała się. – Patrzyła na mnie, jakby miała kilka lat. Jakby cofnęła się w czasie. – Była tylko na łące – machnęła ręką Zosia. – Co miało się stać?
– Nie wiem. I właśnie to mi się nie podoba – odparła Tosia. – Musimy z nią porozmawiać. Obie. Zosia przez chwilę milczała. Spojrzała jeszcze raz na zepsuty fragment obrazu, po czym ze zrezygnowaniem odstawiła pędzel.
– Jak skończy obiad – powiedziała w końcu. – Wtedy.

Tosia skinęła głową i poszły do kuchni. Zastały bałagan na blacie, podłogę umazaną masłem, rozlany sok. Ani Lusi, ani obiadu.

Zanim zdążyły pomyśleć, gdzie też może być sprawczyni nieporządku, usłyszały odgłosy radosnej zabawy przed domem. Poszły za głosami i wkrótce ujrzały Malinkę i Lusię beztrosko grające w piłkę w ogrodzie. W samym środku kwiatowego ogrodu Zosi.

– Lusia! – zawołała Tosia z niedowierzaniem.

Zosia najpierw wybuchnęła śmiechem. Ale już w drugiej dostrzegła połamane kwiaty róż,
o które tak bardzo dbała.
 – Lusia! – zawtórowała siostrze, a w jej głosie zabrzmiał prawdziwy żal. Zasłoniła ręką oczy, bo nie znosiła, gdy ktoś widział, że płacze – i szybko odeszła.

Lusia znieruchomiała z piłką w dłoni. Patrzyła to na Tosię, to na połamane krzewy i robiła się coraz bardziej czerwona. Nagle poczuła się malutka.

– Ja… nie chciałam… naprawdę nie chciałam – wyszeptała nieśmiało, zgniatając brzeg swojej dużej koszuli.

Tosia spojrzała na nią z rezygnacją.
 – Brak obiadu dla dziecka to jedno, bałagan w kuchni to drugie. Ale że połamiesz Zośce jej ukochane kwiaty… To mówiąc, po prostu się odwróciła i wróciła do domu.

W tej jednej chwili Lusia w końcu wszystko pojęła. 

Jej ośmioletni, ale bardzo bystry rozumek zaczął układać puzzle. Tosia, Zosia, Ilonka. I ona sama. Skoro ona jest tu duża, skoro Malinka mówi do niej „mamo”, a Tosia i Zosia są dorosłe… Tosia odważna, energiczna, Zosia spokojna i z głową w chmurach. No i Malinka. „Udajesz, że nie poznajesz własnej córki, a teraz jeszcze mówisz, że Malinka to twoja mama”.

Lusia nie wiedziała, jak to możliwe, dzięki jakiej magii…? Ale była pewna. Mała Malinka… to była jej własna mama z przeszłości! Albo ona sama z przyszłości… Zakręciło jej się w głowie. Zrozumiała, z kim rozmawia. Pachniała tak samo, patrzyła tak samo…

Tylko jak to wyjaśnić dorosłym siostrom? Że wcale nie są duże, że mama wcale nie jest mała, a ona jest mała i że… nie umie ugotować obiadu!
– Mamo… – szepnęła cicho dziewczynka, ciągnąc ją za rękaw.

Z ciężkim, ośmioletnim sercem, pełnym nagłej odpowiedzialności, wzięła za rękę Ilonkę i wróciły do domu.
 – Idź się pobaw do pokoju – powiedziała najdoroślej, jak potrafiła.

Gdy dziewczynka posłuchała, Lusia opadła na krzesło i przytulona do chłodnego blatu w kuchni, po prostu się rozpłakała. Mama jest mała, taka maleńka. A ona przecież tak bardzo potrzebowała swojej własnej, dużej mamusi. Tej, która wszystko wie i wszystko umie. I zrobi obiad. I pranie. I pocieszy, gdy jest źle. A teraz… to ona musi być duża.

Był już późny wieczór, gdy uświadomiła sobie, że łzy wyschły, ale ciężar w brzuchu pozostał. Poszła cichutko do pokoju Ilonki i wtulając się w ciepłe plecy dziewczynki, w końcu zasnęła.


Ranek powitał ją parą ogromnych, rozpromienionych oczu.
 – Mamo, spałaś ze mną? Lubię z tobą spać. Zrobisz mi śniadanie?

Lusia uśmiechnęła się niemrawo do dziecka, rozprostowując zdrętwiałe plecy.
 – Zrobię. To nie wina małej Malinki, że tu, w tym dziwnym świecie, Lusia musiała być dorosła. Obiecała sobie w duchu, że będzie dla niej taką mamą, jak potrafi najlepiej.

– Namalujesz mi obrazek? Siebie i mnie? Na łące? – poprosiła dziewczynkę.
– Tak! I ptaszki namaluję. Dobrze?
– Ptaszki też –Lusia uśmiechnęła się ciepło i wyszła z pokoju.

Kuchnia przywitała Lusię bałaganem, który wczoraj zostawiła. Westchnęła. Zrobiła małej kanapki z truskawkowym dżemem, nalała szklankę mleka i zaniosła do pokoju.

– Nie podglądaj! To będzie niespodzianka! – zaśmiała się Malinka, zasłaniając kartkę rękami.
– Dobrze, córeczko. Ja pójdę posprzątam – odpowiedziała Lusia, czując dziwną dumę z tego, jak ładnie to zabrzmiało.

Ale dorosłość okazała się trudna. Nim skończyła wycierać blat, zdążyła strącić butelkę z resztką mleka, którą nieostrożnie postawiła zbyt blisko brzegu. Szmatką wycierała najpierw sukienkę, potem podłogę. Szkło zadrapało jej dłoń. Zacisnęła zęby. Musi być dzielna. Przecież jest mamą!

Zamiotła. Na podłodze zostały mętne plamy, ale ona wolała ich nie zauważać. Skończyła i otarła pot z czoła. Czy naprawdę musi robić ten obiad? Ale jak? Obierze ziemniaki – jakie to szczęście, że chociaż tego nauczyła się robić w domu – i… parówki! Umie ugotować parówki. Przecież da radę.

Tosia weszła do kuchni. Omiotła wzrokiem blat i podłogę. Spojrzała na plamy, ale wbrew obawom Lusi, nie skomentowała ich ani słowem. Wyglądała na zmartwioną.
– Musimy zrobić pranie – powiedziała tylko.

Lusia spojrzała na nią przerażona. To nie była praca dla dzieci! Widziała wiele razy, jak mama wrzuca ubrania do bębna, ale tu stała jakaś dziwna pralka…
– Dobrze – pisnęła cienko.
 – Dobrze – powtórzyła Tosia z roztargnieniem.

Godzinę później piana była absolutnie wszędzie. W wannie, na podłodze, na ręcznikach.
Lusia stała pośrodku łazienki, z mokrymi rękami i pianą po kostki, nie bardzo wiedząc, co zrobić z cieknącymi ubraniami. Coś w brzuchu ukłuło ją boleśnie. Pomyślała o swojej mamie.
 Jak robiła to wszystko szybko. Sprawnie. Bez zastanawiania się. I nigdy nie narzekała, że woda jest za zimna, a mydło szczypie w oczy.

Malinka co chwilę zaglądała do łazienki.
– Już?
– Jeszcze chwilkę – odpowiadała Lusia, choć nie miała pojęcia, jak z tego wybrnie.

Potem znów była kuchnia. Ziemniaki obrała dokładnie, bardzo powoli. Wrzuciła je do garnka, nalała wody i postawiła na kuchence z drżącym sercem. Kiedy zaczęły głośno bulgotać i kipieć, spanikowała. Chwyciła garnek i wylała wszystko prosto do zlewu. Gorące ziemniaki parzyły ją w palce, gdy wyciągała je z powrotem, jeden po drugim. Przecież nie mogły się zmarnować.
 Za to parówki wyszły idealnie.

Siedziały we cztery przy stole.
 – Pyszne – powiedziała Malinka z pełnymi ustami, machając nogami pod krzesłem.
– Też tak myślę – przyznała z ulgą Lusia.

Ale ziemniaki były twarde. Bardzo twarde. Prawie surowe i zupełnie bez soli. Lusia patrzyła z lękiem, jak dorosłe siostry biorą pierwszy kęs. Czekała na wymówki. Na to, że powiedzą, jakie to niedobre. Że znów nie poradziła sobie z najprostszą rzeczą.

Tosia i Zosia spojrzały na siebie, a potem na zmęczoną twarz Lusi, jej zaczerwienione ręce
 i plamy po mleku na sukience. Tosia odłożyła widelec i zamiast grymasu, posłała jej łagodny, pełen zrozumienia uśmiech.
– Lusia, usiądź wreszcie spokojnie – powiedziała miękko. – Widzimy, że ledwo stoisz na nogach. Każdemu się zdarza o czymś zapomnieć, kiedy ma tyle na głowie. Malinka pewnie dała ci dzisiaj popalić, co?

Zosia skinęła głową, przesuwając w stronę Lusi szklankę ze słodkim kompotem.
– Znamy to uczucie, kiedy człowiek robi dziesięć rzeczy naraz i nagle czas w garnku płynie zupełnie inaczej – dodała żartobliwie. – Zjedz parówkę i odpocznij chwilę, my dokończymy zmywanie.

Lusia poczuła, jak piekące łzy, które znów podchodziły jej do oczu, nagle ustępują. Nie było bury. Nie było oceny. Było tylko ciepłe zrozumienie dla kogoś, kto bardzo się starał, ale po prostu opadł z sił.

W międzyczasie Malinka przybiegła z pokoju. Przyniosła obrazek, trzymając go wysoko nad głową.

– To my!

Na kartce była łąka, wielka i zielona. Ona i Lusia, obie z długimi kreskami zamiast nóg.
Wokół kwiatki w każdym możliwym kolorze. A nad nimi dwa ptaszki. Krzywe. Niezgrabne.
Ale uśmiechnięte.
– Piękne – powiedziała szczerze Lusia. I naprawdę tak myślała.

Późnym wieczorem, po podlaniu uratowanych kwiatów Zosi, Lusia była naprawdę padnięta. Siedziała na skraju łóżka i patrzyła, jak mała Ilonka spokojnie zasypia. Tęsknota za domem przyszła cicho, jak ktoś, kto siada obok i nic nie mówi. Zaczynała rozumieć, ile jej własna mama miała codziennie pracy. Może jeszcze nie rozumiała do końca, ile trudów ona sama jej dokładała swoim marudzeniem, ale w jej głowie coś zaczynało się powoli, mądrze układać.