Wstała z mchu. Zbliżał się zmierzch. Musiała zająć się małą. To pozwalało odciąć myśli od pustej polany. Gestem dłoni przywołała dziewczynkę.
Ku jej zdumieniu, mała natychmiast podbiegła, a jej usta rozciągnęły się
w szerokim uśmiechu. Amelia nie usłyszała niczego, ale to na pewno był śmiech — jasny, bezgłośny, zawieszony w próżni. Ruszyły przed siebie. Postanowiła odłożyć pytania na później, teraz liczył się tylko dach nad głową i jedzenie.
Kilkaset metrów dalej znajdowało się gospodarstwo Zielińskich.
Dom stał dokładnie tam, gdzie zawsze. Na sznurze przed gankiem wisiało pranie. Podeszła bliżej i dotknęła jasnego prześcieradła. Materiał był ciężki i mokry. Woda spływała po nim w trawę, nie wydając przy tym najmniejszego odgłosu. Ktoś musiał je powiesić zaledwie chwilę temu.
Podeszła do drzwi. Uderzyła w drewno z czystego przyzwyczajenia,
ale cisza natychmiast pochłonęła stukot. Nikt nie otwierał.
Powoli nacisnęła klamkę. Weszła do przedpokoju, ciągnąc dziewczynkę
za sobą.
— Zosia? Janek? — Ułożyła wargi w ich imiona, wypuszczając powietrze
z płuc. Zrobiła to bezgłośnie. W tej gęstej, ciszy sama próba krzyku wydawała się czymś niebezpiecznym.
W kuchni panował porządek. Przesunęła dłonią po blacie stołu,
jakby chciała sprawdzić, czy świat wciąż ma krawędzie. Drewno było gładkie i w jednym miejscu wciąż oddawało ciepło. Jakby ktoś przed sekundą zabrał stąd kubek i wyszedł. Zajrzała do wszystkich pokoi.
Nikogo.
Przez krótką chwilę chciała usiąść przy stole i czekać. Zamiast tego poczuła, jak w brzuchu rośnie jej ten ciężki chłód, który nie ma nic wspólnego z jesiennym popołudniem.
Wyszła z powrotem na podwórze i zajrzała do kurnika. Po ptakach nie został nawet ślad. Drób po prostu wyparował. Na klepisku nie było ani jednego zgubionego pióra.
W głębi panował gęsty, nieprzenikniony półmrok. Zaczęła się wycofywać. Nic tam nie było.
I wtedy, prosto z tego najgłębszego cienia, wysunęła się mała dłoń. Poczuła lekkie szarpnięcie za materiał spódnicy.
— Pomóż… Ama, pomóż…
Spojrzała w dół. To był Albert. Zaspany. Twarz spuchnięta od płaczu.
Ale to nie jego nagła obecność w pustym kurniku uderzyła ją najmocniej. Usłyszała go. Jego głos przeciął gęstą ciszę. Był niezwykle wyraźny i czysty.
Odruchowo chwyciła go za rękę i wyprowadziła na światło. Skóra chłopca pod jej palcami była sucha i zimna.
— Chcę kotka… — pociągnął nosem.
Amelia otworzyła usta, by zapytać jakiego, ale z jej krtani znów nie wydobył się żaden odgłos. Próżnia wciąż działała.
Z ciemnego wnętrza wyszedł kot. Zatrzymał się na progu. Miał wielkie, nienaturalnie niebieskie oczy. Zadarł łeb i spojrzał wprost na nią.
Nie mrugnął. W tym spojrzeniu nie było zwierzęcej ciekawości. Było obce
i skupione, jakby nie patrzył na Amelię, lecz na coś, co stało w przestrzeni tuż za jej plecami. Dokładnie tak samo patrzył jej ojciec w tamten jesienny poranek, zanim wyszedł z siekierą do lasu.
Ogon zwierzęcia uderzał miarowo o ziemię. Bezgłośnie. Otworzył pyszczek. Cisza pochłonęła miauknięcie. Głuchy obraz kota i głos chłopca w głowie zderzyły się ze sobą. Świat zawirował.
Albert pociągnął ją za rękę. Policzki miał umazane łzami, na pogniecionej koszulce tkwiły źdźbła słomy. Na czubku jego buta lśniła drobna, zielonkawa plamka. Spoglądał z dystansem na dziewczynkę, którą Amelia trzymała z drugiej strony. Patrzyła na niego uważnie, mrużąc oczy.
Jakby widziała coś, czego dorośli nie widzą.
Kobieta kucnęła obok chłopca.
— Gdzie są rodzice? — zapytała. Poczuła tylko ruch swoich warg, ale usłyszała jego odpowiedź.
Nie wiedział. Bawił się w kurniku, kiedy pojawił się kot. Przyszedł znikąd,
a ptaki po prostu zniknęły. Mówił cicho, bez typowej dla dziecka gwałtowności, jakby odtwarzał zapamiętaną scenę. Kot wszedł mu na kolana. Kiedy chłopiec go pogłaskał, sierść wydała mu się dziwnie chłodna. Wtedy oczy zwierzęcia na moment błysnęły zielenią. Wybiegł szukać rodziców. Biegał pod samym lasem, gdzie nie wolno mu było wchodzić,
ale nikt nie odpowiadał. Wrócił do kurnika. Tam kot na niego czekał.
Albert przytulił go i płakał, aż zasnął.
Amelia przysunęła się, by otrzepać go ze słomy. Chłopiec pachniał lasem
i starym, chłodnym drewnem. Nie było w nim zapachu potu ani ciepła dziecka, które biegało cały dzień po podwórku.
Wiedziała już, gdzie spędzą noc. Pusty dom Zielińskich musiał im wystarczyć. W kuchni znalazła mięso, owoce, chleb i trochę mleka.
Nie zastanawiała się, co to oznacza. Po prostu zaczęła działać. Nóż, talerze, kubki. Ręce pamiętały kolejność lepiej niż myśli. Przez krótką chwilę mogła uciec w iluzję, że wróciła do dawnego życia. Patrząc na dzieci przy stole, poczuła coś na kształt spokoju. Jakby świat na moment się zatrzymał
i pozwolił im po prostu być.
Albert wiercił się na krześle.
— Ale kiedy? — zapytał nagle. Jego głos uderzył w nią tak głośno,
że drgnęła. Spojrzała na niego, pytająco ściągając brwi. — Kiedy zobaczę rodziców? — doprecyzował chłopiec. — Maja mówi, że jeszcze ich spotkam.
Znieruchomiała z nożem w dłoniach. Spojrzała na dziewczynkę.
— Ma na imię Maja? — Ułożyła wargi w kształt słów, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
— Tak — odparł, jakby to było oczywiste. — I że jesteś miła.
Poczuła chłód na karku. Nie słyszała, by dziewczynka wydała z siebie choćby jeden odgłos.
Patrzyła na dzieci i nagle zobaczyła siebie – sześcioletnią, stojącą w progu
i wołającą ojca, który zostawił po sobie tylko siekierę przy nasypie. Obiecała sobie wtedy, że żadne dziecko nigdy nie będzie musiało tak czekać. A teraz stała w cudzej, martwej kuchni, całkowicie bezradna.
Maja uśmiechnęła się blado i sięgnęła po kawałek jabłka. Trzymała owoc przez chwilę, nieruchomo. Amelia odwróciła się na moment, żeby postawić na podłodze miskę dla kota. Kiedy spojrzała z powrotem, to, co mała trzymała w dłoni, przestało być owocem. Stało się twarde. Matowe.
Szare jak kamień.
Dziewczynka spróbowała je ugryźć. Zęby ześlizgnęły się po powierzchni
z tępym, suchym oporem, nie zostawiając najmniejszego śladu.
Nie wyglądała na zdziwioną. Po prostu odłożyła znalezisko na talerz.
Owoc uderzył o porcelanę bez dźwięku. Wibracja była realna.
Albert patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
— Czemu nie jesz? — zapytał.
Maja tylko wzruszyła ramionami. Chłopiec sięgnął po ten sam kawałek, chcąc jej pokazać, że przecież można. W jego palcach miąższ natychmiast odzyskał jasny kolor. Był miękki. Zwyczajny. Soczysty. Ugryzł go bez trudu.
Amelia poczuła, jak żołądek zaciska jej się w lodowaty supeł.
Jabłko stwardniało w dłoniach Mai, ale dla niego pozostawało po prostu soczystym owocem.
Zerknął na nią, szukając potwierdzenia, że wszystko jest w porządku.
A ona milczała.
