Rozdział 4

Szła powoli, przesuwając dłonią po miedzianych liściach. Jesienny las pachniał wilgocią i rozkładem. Znała tę woń. Nawet nie zarejestrowała momentu, w którym drzewa się przerzedziły, a pod jej stopami zazgrzytał żwir. Znów stała na nasypie.

Cofnęła się odruchowo i natychmiast uderzyła plecami w niewidzialną, lodowatą taflę. Droga ucieczki nie istniała. Tkwiła w samym środku pułapki, między dwiema ścianami z niczego.

Wtedy to uderzyło. Przeciągły, ogłuszający świst.

Dźwięk wibrował w jej czaszce. Szyny pod stopami zaczęły drżeć.
Wciągnęła gwałtownie powietrze. Gdzie był ten otwór? Gdzie był przesmyk?
Zaczęła gorączkowo przesuwać dłońmi po gładkiej powierzchni. Raz w jedną,
raz w drugą stronę. Tylko lód i szkło. Żadnej luki.

Drżenie szyn zamieniło się w miarowy łomot. Pociąg nadciągał. Usłyszała pisk hamulców — przeraźliwy zgrzyt żelaza o żelazo — ale maszynista nie miał szans. Setki ton stali nie zatrzymują się w miejscu. Opadła na kolana, uderzając pięściami w barierę. Zasłoniła twarz. Dzieci — pomyślała, zanim uderzyła w nią ściana metalu.

 Usiadła gwałtownie na cudzym łóżku. Jej palce instynktownie powędrowały
do policzków, sprawdzając, czy kości wciąż są na swoim miejscu.

Pokój tonął w gęstym półmroku. Po ogłuszającym, miażdżącym łoskocie pociągu,
ta absolutna, martwa cisza domu uderzyła ją z siłą fizycznego ciosu.
Na skraju materaca siedział kot. Jego oczy lśniły w ciemności głęboką zielenią.
Nie mrugał. Patrzył na nią w skupieniu, jakby widział dokładnie to, co przed sekundą się stało. Ogon uderzał o kołdrę bezszelestnym, miarowym rytmem,
który Amelia znała od zawsze.

Siedziała na łóżku. Nieruchoma. W końcu wstała, narzuciła na ramiona koc i wyszła z sypialni, uciekając przed półmrokiem.

W kuchni nalała do szklanki wody. Szkło parzyło lodem. Gardło zdzierał suchy ból. Przełknęła pierwszy łyk. Przed oczami błysnęła jej wilgotna ziemia pod nasypem. Siekiera leżąca w trawie, porzucona w biegu. „Nie idź tam, Amelia” – pusty głos matki. Elżbieta nigdy nie patrzyła wtedy na nią. Wpatrywała się tylko w stronę torów.

Amelia odstawiła szklankę tak gwałtownie, że uderzenie wzdrygnęło blatem.
Obraz zniknął. Zamykając oczy, odepchnęła go od siebie z całej siły.

Zauważyła ją dopiero po chwili. Na stołku w kącie kuchni siedziała Maja.
Usta trzyletniego dziecka poruszyły się. Wpatrywała się w nie, próbując wyczytać
z nich choć jedno słowo, ale w tym odessanym z dźwięku powietrzu nie potrafiła złożyć żadnego sensu.

Opadła na krzesło obok. Dziewczynka natychmiast wtuliła twarz w jej kolana.
Była ciężka i kojąco ciepła. Wsunęła chłodne palce w jej jasne loki. Liczyła równe oddechy dziecka, dopóki jej myśli nie zwolniły.

A potem Maja uniosła głowę. W jej spojrzeniu — na ułamek sekundy — błysnęła
ta sama zieleń, którą widziała wcześniej u kota.

Poczuła w żołądku nagły, ciasny skurcz. W jej głowie, zupełnie bez ostrzeżenia, odbiło się echem słowo starej Domańskiej. Prześniedź.

Poranek był szary i przeraźliwie chłodny. Amelia obudziła się sztywna, wciąż siedząc na kuchennym krześle. Maja leżała z głową na jej kolanach, dokładnie tam, gdzie wczoraj zasnęła.

Położyła dłoń na ramieniu dziecka. Dziewczynka uniosła się natychmiast.
Jej błękitne oczy były szeroko otwarte i tak przytomne, jakby sen jej nie dotyczył. Uśmiechnęła się.

Kobieta otuliła się ciaśniej kocem i wstała. Ominęła wzrokiem szklankę z wodą, którą zostawiła na blacie w nocy. Na samo wspomnienie lodowatego, piekącego bólu w przełyku zacisnęła zęby. Kwadrans później miała na sobie sweter znaleziony w szafie Zosi, a włosy zaplotła w ciasny, praktyczny warkocz.

Przez chwilę, gdy blade światło padło na stół, wszystko wyglądało zwyczajnie.

— Pójdziemy dziś w głąb osady — mówiła bezgłośnie, stawiając przed dziećmi talerze z jedzeniem. — Ktoś musiał tu zostać.

Myśl o pustce po własnym domu, który po prostu wyparował z polany, odsunęła. Nie teraz.

Dzieci przytaknęły. Albert jadł chleb, brudząc sobie policzki powidłami.
Maja siedziała w bezruchu. Jej porcja leżała na talerzu nieruszona.
Amelia wiedziała, że jeśli trzylatka spróbuje wziąć chleb do ust, ten zamieni się
w kamienny pył. Dziewczynka nawet nie próbowała. Patrzyła na jedzącego chłopca z cichym wyczekiwaniem.