Rozdział 7

„Najpewniejsze drogi prowadzą donikąd”. Słowa z listu nie dawały jej spokoju. Wpatrywała się w kartkę, szukając śladu jego ręki. Ciała nigdy nie odnaleziono, więc… Nie. Odepchnęła tę myśl. Była jak zadra. Gdyby żył, stałby teraz przed nią,
a nie bawił się w kalambury.

Zacisnęła dłonie na materiale spódnicy, żeby powstrzymać drżenie palców.
Musiała skupić się na treści. „To, co wygląda jak pomyłka, bywa jedynym wyjściem”. Dokąd poszłaby, gdyby przestała myśleć? Do domu. W bezpieczne, znane miejsce. Zatem — według logiki listu — kierunek fałszywy. Musi iść tam, gdzie rozum krzyczy „nie”. Zgasiła lampę, choć ciemność wcale nie przyniosła ulgi. Leżała długo
w mroku, wsłuchując się w przerażającą, nieruchomą ciszę.

Rankiem Albert wydawał się stabilniejszy. Podała mu resztę chleba i nalała herbaty. Nie mogła go zostawić samego. Musiał iść z nimi.

Gdy wreszcie stanęli przed wyborem trasy, instynkt kazał jej skręcić w udeptaną ścieżkę do sklepu. Zacisnęła jednak zęby i poprowadziła dzieci w drugą stronę. Przez zarośnięte tyły, dłuższą i trudniejszą drogą, której unikała od lat.

W wiosce nic się nie zmieniło. Panowała tam ta sama głucha cisza.
Zdecydowała nie iść do staruszki, musiała skupić się na tym, po co przyszła.
U Kozaków zeszła do piwniczki, w której znalazła prawdziwe skarby: wędzone mięso i słoiki z przetworami. U Węglików natrafiła na mąkę i jaja. Wzięła tyle,
ile zdołała unieść, w duchu przepraszając każdą z rodzin. Maja nadal nawet
nie patrzyła na jedzenie, ale Albert…

Kiedy Amelia podała mu pęto wysuszonej kiełbasy, wyrwał je z jej palców.
Jadł mechanicznie, połykając niemal w całości twarde kęsy. Jego wzrok pozostawał szklisty, jakby patrzył przez ścianę. Wyglądało to tak, jakby ciało działało niezależnie od niego. Jakby próbował zapchać jakąś pustkę w środku — za wszelką cenę.

Amelia położyła dłoń na jego ramieniu, uściskiem nakazując mu zwolnić.
Pod materiałem swetra wyczuła sztywne napięcie, ale chłopak się nie zatrzymał. Kiełbasa zniknęła w mgnieniu oka, a jego oczy od razu zsunęły się na jej torbę.
Nie było w nich zadowolenia po posiłku. Zostało tylko coś, co nie miało dna. Poczuła na plecach zimny dreszcz. Cofnęła dłoń. Jeszcze rano słaniał się na nogach, a teraz ta dzika, nagła energia wydawała się równie niepokojąca, co jego wcześniejsza słabość.

Zapięła szybko torbę, zanim chłopak zdążył po nią sięgnąć.

Drogę powrotną pokonali w milczeniu. Albert szedł teraz zadziwiająco sprężyście, krok w krok za nią. Amelia co chwila zerkała przez ramię, sprawdzając, czy to wciąż ten sam chłopiec. Przerażało ją, że mimo tej nowej, gwałtownej energii, poruszał się z anomalną wręcz lekkością. Kiedy jej własne buty i małe stopki Mai z trudem grzęzły w wilgotnej ziemi, a one same musiały siłą rozgarniać wysokie chwasty,
on zdawał się w ogóle z lasem nie walczyć. Omijał korzenie, nawet nie patrząc
pod nogi, a zbutwiałe liście, po których stąpał, pozostawały dziwnie nietknięte jakby las ustępował mu z drogi. Z każdym jego krokiem rosło w niej przeczucie,
że z osady wyprowadziła kogoś zupełnie obcego.

Kiedy dotarli na miejsce, na schodkach domu czekał już kot. Podniósł się na ich widok, wbijając w nią to swoje przenikliwe, błękitne spojrzenie. Było w tej obecności coś uspokajająco znajomego, jakaś cicha obietnica, że nie została w tym miejscu całkiem sama. Wyciągnęła z torby kawałek mięsa i położyła go na deskach ganku. Nawet na niego nie spojrzał. Zamiast tego bezszelestnie wyminął jej dłoń
i wszedł do izby, jakby wskazywał im drogę.

W środku panował  mrok. Albert usiadł na łóżku, opierając się o ścianę. Z ciężkimi powiekami, lecz bez snu, znów zapadł w ten swój tępy, zawieszony letarg.
Obok stała bosa Maja. Z rękami przy ciele, przenosiła wzrok z chłopca na opiekunkę, próbując po swojemu zrozumieć tę ciszę. Amelia poprawiła brzeg koca, choć nie było czego poprawiać. Chciała zrobić cokolwiek, co zmuszałoby ręce
do pracy. Kot zajął miejsce pod oknem, pilnując drzwi.

Opadła na krzesło. Wyjęła zmiętą kopertę z kieszeni i położyła ją na blacie.
Nie wyciągnęła kartki ze środka. Nie miała siły.

„Najpewniejsze drogi prowadzą donikąd”. Zdanie wypłynęło w jej głowie tak ostro, że drgnęła. Nie potrafiła sobie przypomnieć, by ktokolwiek jej to kiedyś powiedział, a jednak coś w środku zareagowało, jak na słowa znane od zawsze.
Przesunęła kopertę na sam brzeg stołu, lecz to nic nie dało. Wciąż czuła ten ciężar pod skórą.

Oparła łokcie o blat, zamykając na moment oczy. Las za oknem poruszył się lekko. Może od wiatru, a może nie. Kot nagle uniósł łeb, jakby wyczuł coś, co dopiero miało nadejść. Amelia podążyła za jego wzrokiem. Niebo za brudną szybą błyskawicznie traciło ostrość. Resztki dziennego światła szarzały, stawały się mętne i ciężkie.

Lodowaty, ciasny skurcz chwycił ją za gardło. „To, co prawdziwe… z czasem matowieje” – ochrypły głos staruszki wrócił jak echo.

Czekała na ten moment. Na tę wąską, szarą szczelinę między dniem a nocą.
Jeśli miała znaleźć to, co rzekomo zgubiła na drodze, musiała iść teraz.
Kiedy wszystko przestało lśnić. Wstała od stołu.

Albert zamrugał, wyrwany z letargu, gdy stanowczym ruchem podniosła go z łóżka.

— Już? Gdzie? — zapytał głucho.

Amelia narzuciła na ramiona sweter. Spojrzała na Maję i skinęła głową.
Nie wiedziała, czego szuka. Czuła tylko, że muszą wejść w tę zmętniałą gęstwinę natychmiast.