Rozdział 8

Chłód wcisnął się pod sweter od razu, jakby tylko czekał, aż opuszczą dom.
Niebo wisiało nisko, zakurzone i ciężkie, pochłaniając resztki barw.

Maja zatrzymała się tuż za progiem. Nie patrzyła na ścieżkę. Wbijała wzrok w bok, prosto w burą gęstwinę. Cienie pni tworzyły ostre, dziwne kąty. Dziewczynka stała w bezruchu z przechyloną głową, jakby nasłuchiwała czegoś, co w tym głuchym świecie nie miało prawa wydać z siebie dźwięku.

Kot wyślizgnął się z sieni. Przeszedł obok, muskając łydkę Amelii ogonem.
Zimny, szorstki dotyk. Zatrzymał się dokładnie tam, gdzie patrzyła trzylatka. Amelia zmrużyła oczy. Drzewo. Stary, masywny dąb, odrobinę ciemniejszy niż reszta. Tyle. Maja uśmiechnęła się kącikiem ust.
Kot mrugnął powoli – pierwszy raz, odkąd go widziała. W tym ociężałym opadaniu powiek kryła się milcząca, niepokojąca zgoda.

Młoda kobieta zrobiła pierwszy krok. Dziewczynka ruszyła za nią. Jej małe buciki uginały wilgotne liście. Ścieżka była taka jak zawsze, a jednak zupełnie obca.
Ziemia pod stopami była dziwnie miękka, ustępowała pod ich ciężarem o ułamek sekundy za późno.

Albert szedł blisko. Co chwila trącał ramię Amelii, szukając oparcia. W końcu chwycił jej dłoń. Zacisnął palce na jej skórze twardo i sztywno. Były przeraźliwie suche i nie przekazały jej najmniejszego ciepła. Nie patrzył na las. Wbijał wzrok
w plecy Mai, jakby miarowy, spokojny krok trzylatki był dla niego jedynym pewnym punktem odniesienia w tym, co się rozpadło.

Kot wyprzedził ich, prowadząc samym środkiem. Z każdym metrem las gęstniał,
a głucha cisza zmieniała swój charakter. Zamiast płaskiej pustki, Amelia wyczuła
w niej ukryty, wibrujący rytm. Zatrzymała się gwałtownie. Maja stanęła w tej samej sekundzie, opierając ciężar ciałka na piętach.

Albert, zapatrzony w swoje buty, szedł jeszcze przez moment. Wpadł na plecy Amelii, ale ledwie to poczuła.

— Co jest? — Jego głos wdarł się w jej głowę, kompletnie odklejony od martwego otoczenia. Chłopiec rozglądał się zdezorientowany.

Amelia patrzyła pod nogi. Zbutwiałe liście leżały grubą warstwą.
Kiedy w zniecierpliwieniu kopnął butem kępkę mchu, runo pod jego stopą nawet nie drgnęło. Ziemia wyglądała jak namalowana na desce. Ani jedno źdźbło
nie zareagowało na jego złość.

Maja zrobiła krok do przodu. Tam, gdzie resztki szarego światła przebijały korony drzew. Uniosła głowę. Wtedy świat dookoła wziął wdech. Ziemia drgnęła.
To nie było trzęsienie. To był uderzająco mocny puls. Jeden, głęboki, powolny skurcz, od którego zabolały kolana.

Albert skulił się, zasłaniając uszy, choć z zewnątrz nie dobiegał żaden hałas.

— Co to było?! — krzyknął. Głos miał stłumiony, jakby wołał spod grubej
warstwy wody.

Amelia chciała przekazać słowo „pociąg”, zracjonalizować to echem z dalekich torów. Ale znów nie wypowiedziała ani słowa. Kątem oka złapała ruch po lewej. Odwróciła głowę z taką siłą, że chrupnęło jej w karku. Stary buk obok stał całkowicie nieruchomo. Ani jedna gałązka nie drgnęła w zastygłym powietrzu.

Ale jego cień ożył. Ciemna plama przesunęła się po ziemi. O cały metr w lewo. Zupełnie niezależnie od niewidocznego słońca. A potem płynnie wróciła na swoje miejsce.

Poczuła, jak sztywnieje jej kark. Maja odwróciła się powoli. Była spokojna. Uśmiechała się lekko, jakby to było dla niej oczywiste. Kot wpatrywał się w Amelię. Jego oczy nie były już błękitne. Były zielone. Głębokie jak mokry mech na kamieniu.

Świat wziął kolejny wdech. Dłuższy. Zacisnęła pięści. Paznokcie wbiły się w dłonie. Piekący ból był jedyną rzeczą, która wydawała się tu prawdziwa.

— To nic. Ziemia osiada. Po deszczach. — Wyszeptała bez dźwięku.

Patrzył pytająco, jakby szukał potwierdzenia. Skinęła głową z udawaną,
żelazną pewnością.

Kot wstał powoli, przeciągnął się, wyginając grzbiet w idealny łuk i ruszył
w gęstwinę, nie oglądając się na nich. Zieleń w jego ślepiach zgasła, gdy tylko odwrócił łeb. Amelia pociągnęła chłopca i ruchem głowy nakazała marsz,
choć każda komórka jej ciała krzyczała: uciekaj. Musieli iść, zanim mrok całkowicie połknie ścieżkę.

Albert zamachnął się i kopnął w wystający z ziemi korzeń. Zrobił to nerwowo,
żeby się podnieść na duchu.

— Głupi korzeń — mruknął.

Kawałek zbutwiałego drewna, w który z impetem uderzył jego but, nawet nie drgnął. Kora nie ustąpiła ani o milimetr. Maja z kolei po prostu uniosła sukienkę
i starannie przeskoczyła nad przeszkodą.

Wyglądali w tym wszystkim tak zwyczajnie. Przez krótką, kruchą chwilę mogła udawać, że to tylko męczący spacer. Że wyblakłe światło i drżenie ziemi to tylko wytwory jej zmęczonego umysłu. Że cień drzewa wcale się nie poruszył.

Ruszyła za zwierzęciem, wmawiając sobie, że ten lodowaty, dławiący ucisk to tylko wysiłek i stres. Ale las wiedział swoje. Czekał.